StartArtykułyCertyfikat. Plakietka czy półka odpowiedzialności?

Czy certyfikat to tylko plakietka?

Ile certyfikatów masz na LinkedIn? Nie pytam złośliwie. Pytam, bo sam zadałem sobie to pytanie jakiś czas temu i przestraszyłem się odpowiedzi. Był ich spory rząd. Kolorowe…

Certyfikat. Plakietka czy półka odpowiedzialności?

Dwa typy certyfikatów

Są certyfikaty "dla innych" i certyfikaty "dla siebie". Obu typów próbowałem. Oba mają sens - tylko inny.

Certyfikat dla innych to potwierdzenie dla rekrutera, klienta, zarządu. "Wiem, co robię, oto dowód." Zazwyczaj egzamin, test, dzień lub dwa szkolenia, nowa plakietka na profilu. Wiedzę często masz już przed - certyfikat porządkuje ją w formalny język. Ma wartość komunikacyjną. Otwiera drzwi.

Kilka takich zrobiłem świadomie. Chodziło mi o język wspólny z klientem - żebyśmy mówili tymi samymi skrótami, wiedzieli o tych samych ramach. Żadnej hipokryzji. Byłem szczery sam ze sobą: "idę po ten certyfikat, bo ułatwi mi pracę biznesową."

Certyfikat dla siebie jest inny. Tutaj motywacja jest odwrócona. Nie masz czegoś, co musisz sobie potwierdzić - masz obszar, w którym chcesz naprawdę urosnąć. I szukasz środowiska, które to umożliwia, a nie papier, który to dokumentuje.

Różnica między nimi nie jest moralna. To nie jest "dobry certyfikat" i "zły certyfikat". To kwestia intencji - i tego, czego oczekujesz na wyjściu.

Kiedy certyfikat to kohorta

ICE-EC - International Coaching Excellence - Enterprise Coaching. Nie jest to certyfikat, który zdajesz w piątek wieczór po weekendowym intensiwie.

To wielomiesięczna praca w kohorcie. Projekt coachingowy realizowany w realnym kontekście organizacyjnym, supervizja, mentoring, refleksja w trakcie. Nie teorii z podręcznika - praktyki na żywo, z prawdziwymi konsekwencjami i prawdziwymi klientami.

Co ten format daje inaczej?

Po pierwsze - czas. Nie można przyspieszyć pewnych procesów. Zmiana w myśleniu, w nawyku, w tym jak widzisz sytuacje klienckie - to nie przychodzi z wykładu. Przychodzi z prób, błędów, refleksji, spania z tym przez kilka miesięcy i wracania do tych samych pytań z nowym kontekstem.

Po drugie - kohorta. Uczysz się nie tylko od prowadzących. Uczysz się od ludzi obok ciebie, którzy zmagają się z podobnymi wyzwaniami. I to uczenie się ma inną teksturę niż "słucham eksperta". To jest sprawdzanie swoich przekonań na innych ludziach - i słyszenie, że oni mają inne przekonania, równie uzasadnione.

Po trzecie - superwizja. Ktoś patrzy na Twoją pracę. Naprawdę. Nie żeby ocenić - żeby zobaczyć razem z Tobą. To nie jest wygodne. I to jest bezcenne.

Egzamin "na zaliczenie" tego nie zastąpi. Bo egzamin sprawdza, co wiesz w dniu egzaminu. Kohorta sprawdza, kim jesteś przez cały czas trwania procesu - i trochę zmienia odpowiedź na to pytanie.

Nowa półka odpowiedzialności

To jest ten fragment, przy którym sam się zatrzymałem, gdy go pisałem.

"Nowa półka odpowiedzialności."

Co to znaczy w praktyce? Że po tej pracy nie mogę już pewnych rzeczy nie widzieć. Że narzędzia, które mam, zobowiązują. Że standard, który sam sobie postawiłem w trakcie tego procesu - teraz jest moim standardem, nie jakimś egzogenicznym wymaganiem.

Pojawia się nowy rodzaj pytań. Nie "czy umiem to zrobić?" - ale "czy robię to tak, jak naprawdę powinienem?" Nie "czy klient jest zadowolony?" - ale "czy ta praca naprawdę mu służy?" Nie "czy dostarczam wartość?" - ale "czy jestem w tej relacji wystarczająco uczciwy?"

To są pytania, które mogę sobie zadawać, bo przeszedłem przez coś, co dało mi podstawy do odpowiedzi. Ale też pytania, które nie mają łatwych odpowiedzi - i które będą mi towarzyszyć dłużej niż jakakolwiek plakietka na profilu.

"Nowa półka odpowiedzialności" to nie brzmi dumnie. Brzmi... ciężko. I chyba tak właśnie powinno.

Czy w karierze można "coś więcej"?

Jedno z pytań, które pojawiło się po tym certyfikacie - i które zostawiam otwarte, bo nie mam na nie definitywnej odpowiedzi.

Czy są certyfikaty, które są "czymś więcej" niż krokiem w karierze? Czy możliwe jest, że pewne procesy certyfikacyjne naprawdę zmieniają to, kim jesteś - a nie tylko co potrafisz?

Myślę, że tak. Ale myślę też, że to jest rzadkie. I myślę, że to nie zależy od certyfikatu - zależy od gotowości człowieka, który przez niego przechodzi. Tę samą kohortę można przejść z otwartością lub z zamkniętym notesem i głową ustawioną na "zalicz i wróć do pracy".

Format sprzyja. Ale nie gwarantuje.

Co możesz z tym zrobić, niezależnie od formatu? Wchodzić z intencją. Nie "zaliczyć" - ale naprawdę sprawdzić, co wiesz, co nie działa, czego jeszcze nie rozumiesz. To brzmi banalnie. Ale różnica między osobą, która wchodzi na szkolenie z notetem pełnym pytań, a osobą, która wchodzi po pieczątkę - jest ogromna. I ta różnica jest całkowicie po stronie uczestnika, nie formatu.

Kiedy certyfikat kończy, a kiedy zaczyna

Większość certyfikatów ma jeden punkt wyjścia: zdany egzamin. Wiesz - albo nie wiesz. Dostajesz pieczątkę lub nie.

ICE-EC nie działa na tej logice. Bo egzamin to nie koniec - to rodzaj sumy. A suma jest z pracy, którą robiłeś przez wiele miesięcy, z refleksji, z superwizji, z rozmów w kohorcie. Egzamin jest tu niemal formalnością na tle tego, co poprzedza.

I paradoksalnie - to sprawia, że certyfikat znaczy więcej. Nie dlatego, że jest trudniejszy do zdobycia. Dlatego, że do momentu jego zdobycia - jesteś już inną osobą niż ta, która zaczynała.

Znam ludzi, którzy "zaliczyli" ICE-EC z nastawieniem certyfikacyjnym - weszli po plakietkę. I wyszli z plakietką. Znam innych, którzy weszli z otwartością i wyszli... zmienieni. Ci sami ludzie, te same materiały, ten sam prowadzący. Inna intencja na wejściu - inny wynik.

To chyba jest najbardziej uczciwa rzecz, jaką można powiedzieć o certyfikatach w coachingu: nikt Ci nie da zmiany. Możesz tylko stworzyć warunki, w których zmiana jest możliwa.

Jeśli szukasz certyfikatu - jakiegokolwiek - i chcesz "półki", a nie plakietki, patrz na trzy rzeczy: czy jest czas (nie weekend, ale tygodnie lub miesiące)? Czy jest praktyka w realnym kontekście, nie tylko teoria? Czy jest ktoś, kto patrzy na Twoją pracę i mówi Ci prawdę? Jeśli odpowiedź na wszystkie trzy to "nie" - to pewnie plakietka. I nie ma w tym nic złego. Tylko wiedz, po co idziesz.

Pytanie do Ciebie: jaki był Twój ostatni certyfikat "dla plakietki"? A który naprawdę coś zmienił - w tym, jak myślisz, jak działasz, czego od siebie oczekujesz? I jeśli masz odpowiedź na to drugie pytanie - co sprawiło tę różnicę?