StartArtykułyTwoje słabości to Twoje supermocki. Serio?

O co naprawdę chodzi w twoje słabości to twoje supermocki?

Sesja coachingowa. Klient siedzi naprzeciwko mnie - lekko rozluźniony, bo to już piąte spotkanie, zna rytm. "Co uważasz za swoją największą słabość zawodową?" - pytam. Chwila…

Twoje słabości to Twoje supermocki. Serio?

Mechanizm rebrandingu

Skąd się bierze ten odruch - zamieniać słabość w cnotę?

Częściowo z comfort zone. Zmiana jest trudna i kosztowna. Jeśli mogę powiedzieć sobie, że "odkładanie trudnych rozmów to tak naprawdę moja empatia" - nie muszę nic zmieniać. Tani deal z samym sobą.

Częściowo z kultury self-help. "The Secret" - ikoniczny przykład nurtu prawa przyciągania - TED Talki o sile vulnerabilności, coaching pop. Cały przemysł mówi ci: wszystko w tobie jest wartościowe, jeśli tylko odpowiednio oprawisz. Odkryj swoje Strengths. Polub swój shadow. Zaprzyjaźnij się z własnym sabotażystą.

Brzmi ciepło. Czasem nawet prawdziwie. Ale często to estetyczny retusz na coś, co wymaga operacji.

Kiedy słabość NAPRAWDĘ może być siłą

OK, fair play. Są przypadki, gdy to działa.

Ale trzy warunki muszą być spełnione jednocześnie:

Świadomość. Wiesz, że to słabość. Nie ukrywasz jej pod ładniejszą nazwą. Mówisz: "Mam tendencję do perfekcjonizmu, co spowalnia mnie w środowisku wymagającym szybkich decyzji. Wiem o tym i mam strategie kompensacyjne."

Kontekst. Ta cecha jest funkcjonalna w konkretnej roli i środowisku. Perfekcjonizm w chirurgii kardiochirurgicznej - chcesz go tam mieć. Perfekcjonizm w startupie, który musi wyrzucić MVP w dwa tygodnie - zabija projekt.

Dojrzałość. Umiesz tę cechę włączać i wyłączać. Nie jesteś jej zakładnikiem.

Jeśli wszystkie trzy warunki są spełnione - tak, słabość może działać jak siła. Ile razy w rozmowie o słabościach ktoś naprawdę spełniał wszystkie trzy jednocześnie? Rzadko. Częściej jednym zdaniem ładnie gadał, a resztą - nie.

Kiedy rebranding szkodzi

Cztery sygnały z praktyki - każdy widziałem na żywo.

Ale jest też sytuacja odwrotna - równie kosztowna. Znam ludzi, którzy mieli autentyczną siłę - powiedzmy, naturalną bezpośredniość - i którzy przez lata słyszeli: "jesteś za ostry/a, pracuj nad tym." Aż zaczęli wierzyć, że ta bezpośredniość to defekt. Zamienili siłę w coś do naprawienia. I stracili na tym nie mniej niż ci, którzy słabość zamienili w supermoc. Rebranding działa w obie strony.

Psuje relacje. Klientka z "nadmierną wrażliwością jako empatią" przez rok nie poinformowała zespołu o zmianie strategii, bo "nie chciała ich obciążać". Wynik: zespół dowiedział się od zewnętrznych partnerów. Zaufanie - zero.

Sabotuje cele. Menedżer z "cierpliwością jako siłą" nie zareagował na trzy kolejne missed KPI swojego podwładnego. "Dałem mu czas." Czas minął. KPI nie wzrosły. Menedżer dostał feedback od zarządu.

Blokuje karierę. Specjalistka z "skromnością jako cnotą" przez dwa lata nie zgłaszała swoich pomysłów na spotkaniach. Kolega - mniej kompetentny, ale głośniejszy - dostał awans, który był dla niej.

Wpędza w stres. Ktoś z "elastycznością jako supermocą" zgadza się na każdą prośbę, każde spotkanie, każdą dodatkową odpowiedzialność. Bo elastyczność. Wypalenie pojawia się cicho, stopniowo... potem nagle.

Historia własna. Ta, której wolałbym nie opowiadać.

Moja słabość nazywała się "potrzeba pomagania".

Brzmi nieźle, prawda? Coach pomagający ludziom - to ma sens. Sęk w tym, że moja "potrzeba pomagania" wcale nie była altruistyczna. Była przymusem.

Wyglądało to tak: ktoś w rozmowie wspomina problem. Ja - jeszcze zanim skończy zdanie - zaczynam myśleć o rozwiązaniach. Nie pytam, czy chce mojej pomocy. Zakładam, że tak. Bo przecież mam pomysł. Bo przecież umiem. Bo przecież to moja rola.

Wchodziłem w cudze sprawy tam, gdzie nikt mnie nie prosił.

Na spotkaniach: ktoś mówi o trudnej sytuacji w projekcie - ja już daję rady. Koleżanka wspomina, że ma ciężki tydzień - ja proponuję rozwiązania, zamiast po prostu posłuchać. W domu - podobnie.

Kiedy to zauważyłem? Po sesji z klientem, który - delikatnie, ale jasno - powiedział mi: "Michał, przyszedłem tu porozmawiać, nie dostać listę zadań."

Zatrzymało mnie.

Zrozumiałem dwie rzeczy. Po pierwsze: "pomaganie" dawało mi poczucie kontroli i wartości. To nie było dla nich - to było dla mnie. Po drugie: wchodząc z rozwiązaniem zanim ktoś mnie poprosił, odbierałem im sprawczość. Mówiłem de facto: "Nie wierzę, że dasz sobie radę sam."

Co zmieniłem? Dwa pytania, które teraz zadaję - sobie i innym - zanim cokolwiek zaproponuję:

"Czy chcesz, żebym pomógł?"

"Jak chcesz, żebym pomógł - podsunięciem pomysłu, wysłuchaniem, czy wspólnym myśleniem?"

Proste. Ale rok zajęło mi, żeby zrozumieć, że te pytania są potrzebne.

Moja "potrzeba pomagania" nie była supermocą. Była mechanizmem obronnym ubranym w altruistyczny kostium. I przez lata szkodził - innym i mnie.

Warto też wiedzieć, że nie każda słabość wymaga zmiany ani rebrandingu. Trzecia opcja to akceptacja. Jestem introwertywny w tłumie? Mogę to zmieniać, mogę to nazywać siłą - albo mogę przyjąć: to jest część mnie i wybieram środowiska, które mi sprzyjają. To jest dojrzałość, nie rezygnacja. Różnica między akceptacją, zmianą a rebrandingiem jest ważna - i każda z tych ścieżek ma inny koszt i inną wartość.

Coaching Bullshit mówi: "Twoje słabości to nieodkryte supermocki."

Rzeczywistość mówi: "Niektóre słabości mają potencjał. Większość to po prostu słabości - i warto je tak nazywać, żeby móc z nimi coś zrobić."

Na koniec jedno pytanie

Którą swoją "słabość" próbowałeś sprzedać sobie jako supermoc... i co to kosztowało - Ciebie i ludzi wokół?